Shoji Morimoto z Tokio stał się znany jako „Rental Person Who Does Nothing”, czyli osoba do wynajęcia, która nie ma specjalnego zadania poza samą obecnością. Klient może poprosić go, żeby poszedł z nim na kawę, usiadł obok w restauracji, pomachał mu na pożegnanie na dworcu, poczekał przy mecie maratonu albo po prostu był w pobliżu w momencie, w którym człowiek nie chce przeżywać czegoś sam. Reuters opisywał, że Morimoto pobierał około 10 000 jenów za spotkanie, a jego praca polegała na tym, żeby być tam, gdzie chce klient, i „nie robić niczego szczególnego”.
I właśnie dlatego ta ciekawostka tak mocno działa na wyobraźnię. Bo normalnie płacimy ludziom za konkretne umiejętności: fryzjer ścina włosy, trener układa plan, lekarz leczy, kelner przynosi jedzenie. Tutaj ktoś płaci za coś dużo bardziej podstawowego – za spokojną obecność drugiego człowieka bez presji rozmowy, bez porad, bez wciskania motywacyjnych tekstów i bez udawania bliskiej relacji. To nie jest terapeuta, przyjaciel ani partner na randkę. To raczej ktoś, kto przez chwilę ma być neutralnym świadkiem twojego życia.Najciekawsze jest to, że ludzie wynajmowali Morimoto nie tylko do sytuacji „dziwnych”, ale też bardzo zwyczajnych. Ktoś chciał, żeby był przy nim podczas składania papierów rozwodowych. Ktoś inny potrzebował osoby, która pomacha mu z peronu. Inna klientka chciała, żeby ktoś czekał na nią po przylocie, bo wracała do Tokio w trudnym emocjonalnie momencie. The Guardian opisywał jego książkę właśnie jako zbiór krótkich, czasem absurdalnych, a czasem bardzo poruszających spotkań z ludźmi, którzy niekoniecznie chcą spektakularnej pomocy – czasem chcą tylko, żeby ktoś był obok.W tym wszystkim jest coś bardzo japońskiego, ale też bardzo uniwersalnego. Z jednej strony Japonia ma długą kulturę usług społecznych opartych na wynajmowaniu ról: można spotkać usługi „rental family”, fałszywych gości na wesela czy osoby towarzyszące przy różnych życiowych sytuacjach. Z drugiej strony samotność, niezręczność społeczna i potrzeba kontaktu bez zobowiązań nie są już problemem jednego kraju. W wielkich miastach ludzie są otoczeni tłumem, ale często nie mają nikogo, kogo można poprosić o bardzo prostą rzecz: „posiedź chwilę obok mnie i niczego ode mnie nie wymagaj”.Najbardziej uderzające jest to, że Morimoto kiedyś usłyszał w pracy, że „nic nie wnosi” i „nic nie robi”. Zamiast potraktować to tylko jak obelgę, zamienił tę cechę w usługę. Okazało się, że w świecie przeładowanym produktywnością, radami, autoprezentacją i ciągłym gadaniem, sama spokojna obecność może mieć wartość. Business Insider podawał, że od startu swojej działalności w 2018 roku Morimoto wykonał tysiące takich zleceń, od zwykłych spacerów po towarzyszenie ludziom w trudnych momentach.I może właśnie dlatego ta historia jest tak klikalna. Na pierwszy rzut oka śmieszy, bo brzmi jak „Japończyk zarabia na nierobieniu niczego”. Ale im dłużej się o tym myśli, tym mniej jest w tym żartu, a więcej komentarza do współczesnego życia. Bo jeśli ludzie płacą komuś nie za radę, nie za flirt, nie za rozrywkę, tylko za ciche siedzenie obok, to znaczy, że problemem nie zawsze jest brak pieniędzy, pracy czy aplikacji w telefonie.
Źródła: Reuters, The Guardian, Business Insider.
W kulturach Azji żywe jest pojęcie wuwei czyli brak działania.
Brak działana zaleca się gdy wskazana jest sama obecność i cierpliwość, gdy zbędna a nawet niepożądana jest akcja.
Jest to oczywiste dla Japończyków, Chińczyków czy Hindusów ale już my, czyli niektórzy Europejczycy, niekoniecznie się w tym podejściu odnajdujemy – a naprawdę warto…