Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej
Jesteś podróżniczką, która nie lubi podróży. Mówisz, że ważny jest jedynie cel, a nie droga.

Mnie na drogę szkoda czasu, choć zdaję sobie sprawę, że to ona, sposób docierania do celu, jest dla wielu najważniejszy. Ja chcę jak najszybciej znaleźć się w wymarzonym miejscu, a potem podzielić wiedzą o nim. Motywem wypraw jest chęć poznania świata – nie tylko na własne potrzeby, ale też po to, by przekazać swoje przemyślenia czytelnikom, słuchaczom, widzom. Tak właśnie działaliśmy z Tonym.

Bywało niebezpiecznie?

W Peru, gdy jechaliśmy z ekipą na poszukiwanie inkaskiej stolicy Vilcabamby, mój muł zdenerwował się i zrzucił mnie z grzbietu, ciągnąc przez kilkadziesiąt metrów z nogą zaczepioną o strzemię. Na szczęście od strony skały, a nie przepaści.

Kiedy filmowaliśmy nocą wulkan na Hawajach, zapadłam się w szczelinę pełną gorącej jeszcze lawy i zraniłam nogę. Była tam siarka, długo się goiło.

Innym razem, w Etiopii, wyszłam rano fotografować rzekę, która nocą spłynęła z gór, gdy jeszcze poprzedniego dnia przejechaliśmy po suchym korycie. Zamiast pod nogi patrzyłam przed siebie. Nagle zapadłam się w kurzawę. W ostatnim momencie, kiedy byłam zakopana już po uda – a są to ułamki sekund – rzuciłam się na piasek, z ręką do góry, chroniąc aparat, i z trudem się wygramoliłam. Kurzawa wciągnęłaby mnie na wieczność – do dziś nikt by nie wiedział, co się ze mną stało.

Jesteś na emeryturze, a wciąż podróżujesz, piszesz i fotografujesz. Niemal co roku wydajesz nową książkę, przed chwilą ukazała się „Polska znana i mniej znana”, a wcześniej – album „Biżuteria świata” i wspomnieniowy tom „Tam, gdzie byłam”. Skąd czerpiesz napęd?

Przez lata rozpoczynałam dzień od piosenki Marka Bernesa: „Ja lublu tiebia, żyzń, i nadiejus’, czto eto wzaimno”. A jest w niej także wers: „Kak ja sczastliw, czto niet mnie pokoja”. To jakby dla mnie napisane.

Miałam dwóch bardzo dobrych mężów. Nasze układy były partnerskie. Szanowaliśmy się, mieliśmy do siebie zaufanie i pozwalaliśmy sobie na realizowanie marzeń, razem i osobno.

Pierwszym był dziennikarz Andrzej Dzikowski. Drugim – podróżnik, filmowiec i pisarz Tony Halik. Z Dzikowskim spędziłam 17 lat. Opuściłam go dla Tony’ego.

Gdzie się poznaliście?

W Meksyku, w 1975 roku – tam akurat mieszkał, a telewizyjny „Klub sześciu kontynentów” poprosił, bym zrobiła z nim wywiad. Był już wówczas znaną postacią. Ale tak naprawdę widziałam go wcześniej, na ekranie małego, czarno-białego telewizora Wisła, gdy opowiadał o skoczkach z Acapulco. Pomyślałam: jaki śmieszny facet – i wyłączyłam go. Nie przyszło mi wówczas do głowy, że spędzę z nim piękne 23 lata!

Ja kochałam góry, Tony morze. On mi nigdy nie towarzyszył w wędrówkach po Bieszczadach, ja nie popłynęłam z nim na Alandy, bo tam często pogoda sztormowa, a ja cierpię na chorobę morską. Cieszyliśmy się z wzajemnych dokonań – kiedy dostawaliśmy razem Wiktora czy Złoty Ekran, Tony Pulitzera za cykl filmów o Kubie dla amerykańskiej sieci telewizyjnej NBC, ja zaś meksykański Order Orła Azteckiego czy (dwukrotnie) peruwiański Za Wybitne Zasługi. I nigdy się nie nudziliśmy! Ale takich facetów pewnie nie ma zbyt wielu. Mnie się udało. Tony spełniał moje podróżnicze marzenia. Pytał, dokąd chciałabym pojechać, a ja mówiłam np., że szlakiem średniowiecznych katedr. To wsiadaliśmy w samochód z naszą skromną przyczepą Niewiadów i ruszaliśmy w Europę – oglądając i filmując najpiękniejsze świątynie Niemiec, Francji, Włoch i Hiszpanii. Wiem, że to wszystko wydaje się zbyt idealistyczne. Ale tak było.

Tony był bardzo wierzący, co niedziela chodził do kościoła, a kiedy już był chory – wysyłałam z nim gosposię. Szanuję cudze przekonania, choć sama nie mam religijnych potrzeb (ale przyjaźnię się z kilkoma mądrymi księżmi). Nie odczuwam też lęku przed śmiercią. Boję się jedynie długiego umierania. Ale staram się o tym nie myśleć. Tony umarł namaszczony; przez 15 lat dawałam na mszę za jego – bezgrzeszną moim zdaniem – duszę.

Nie mieliście dzieci?

Gdybym miała, bardzo bym je kochała. Ale że nie mam, to mi ich nie brak. Dzieci to przedłużenie życia, ja przedłużam je sobie inaczej – poprzez książki, filmy, kolekcjonowanie sztuki. Cały swój zbiór, a są w nim dzieła najlepszych polskich artystów, klasyków współczesności, zapisałam notarialnie Muzeum Okręgowemu w Toruniu.

Pochodzisz z Międzyrzeca Podlaskiego. Jak zapamiętałaś podlaskie dzieciństwo?

Byłam otoczona miłością. Ojciec, Zygmunt Górski, bardzo się o mnie troszczył – karmił, zaplatał warkoczyki, dbał bardziej niż matka. Skończył renomowane Państwowe Seminarium Nauczycielskie Męskie w Leśnej Podlaskiej i bardzo wcześnie zachęcił mnie do nauki. Jako pięciolatka umiałam już czytać. Niestety, był mi dany na krótko. Działał w AK, w grudniu 1943 r. aresztowało go gestapo, został osadzony na Zamku Lubelskim. Zginął w maju 1944 r., miałam wtedy siedem lat. Wychowywała mnie głównie babcia.

Mama Jadwiga, z domu Puszkarska, nie pracowała, po śmierci ojca musiała mnie i brata jakoś utrzymać, więc założyła w Międzyrzecu Podlaskim herbaciarnię z dyskretnym wyszynkiem. Ponieważ późno wracała do domu i dwa razy napadli ją złodzieje, chcąc pozbawić utargu, stałam się jej ochroniarzem. Codziennie wychodziłam po nią wieczorem z kłódką prababci przypominającą kształtem pistolet. Pomogło. Już wtedy musiałam być bardzo samodzielna i odpowiedzialna.

Jak to się stało, że mając 14 lat, wstąpiłaś do Związku Ewolucjonistów Wolności?

Mój dziadek Adam Puszkarski, zastępca komendanta policji w mieście, był internowany w Kozielsku, zginął w Ostaszkowie. Babcia ukrywała przede mną ten fakt, niedobrze było w PRL-u mieć dziadka, którego zamordowali Sowieci. Ale z czasem dowiedziałam się o tym. Ponadto w Międzyrzecu stacjonowało radzieckie wojsko i może właśnie to pobudzało nastroje patriotyczne? Było nas kilkanaścioro, najstarszy członek ZEW-u miał 18 lat. Rozrzucaliśmy ulotki, wypisywaliśmy na murach antypaństwowe hasła, chcieliśmy wysadzić jadący z Moskwy pociąg „Mitropa”.

Latem 1952 r. byłam na wakacjach u cioci w pobliskim Żerocinie, gdy przyjechało dwóch panów w cywilu i zabrało mnie do aresztu w Międzyrzecu. Nie bałam się, nawet ich wylegitymowałam. Potem była Biała Podlaska i Lublin. W tamtejszym więzieniu na Chopina dwa tygodnie trzymano mnie w izolatce, w której wciąż paliła się żarówka. Kolejne miesiące – w celi nr 13 na osławionym Zamku Lubelskim, gdzie zginął ojciec. Poznałam tam wiele dzielnych kobiet i nauczyłam się alfabetu Morse’a, by móc się porozumiewać ze współwięźniarkami, wystukując słowa przez ścianę.

Ile czasu spędziłaś na Zamku?

Pół roku. Nigdy się do niczego nie przyznałam. Nie byłam torturowana, ale często przesłuchiwano mnie po nocach, przy oślepiającym świetle.

Jesienią ogłoszono amnestię. Jako nieletnia zostałam zwolniona w połowie grudnia. Zapewne za sprawą więzienia zachorowałam potem na gruźlicę i przez lata cierpiałam na bezsenność. Może jednak właśnie dzięki tamtym przeżyciom jestem twardsza, bardziej odporna na przeciwności losu, nie przywiązuję wagi do drobiazgów. Ale koszmary śnią mi się do dziś. Nie opowiadałam publicznie o tych przeżyciach – w PRL-u nie byłoby to rozsądne, a w wolnej Polsce, kiedy tylu ludzi było po „styropianach”, nie wypadało o tym wspominać. Co było, to było.

Podobno chciałaś być bibliotekarką?

Mój wujek Józef Kortoniuk, rolnik i stolarz, były legionista, miał na strychu mnóstwo ciekawych czasopism i książek, także o podróżach. Nie wszystkie były stosowną lekturą dla dziecka. Mieć książki za darmo, mieć ich w bród i móc czytać! Czy może być coś wspanialszego?

Jako wróg ludu nie miałaś wielkich szans na studia.

Marzyłam o archeologii, dziennikarstwie, historii sztuki, nawet o chemii. Ale – mimo doskonale zdanej matury – przyszłość uniwersytecka zdawała się przede mną zamknięta. Musiałam poszukać jakiejś bezpiecznej ideologicznie niszy. I tak, mając 16 lat – bo do podstawówki poszłam jako sześciolatka, od razu do drugiej klasy, a trzecią i czwartą zrobiłam w jeden rok – złożyłam papiery na sinologię na Uniwersytecie Warszawskim, licząc na to, że nikt się do mojej biografii nie przyczepi. Dostałam się z odwołania. Przekonałam komisję, że należy mnie przyjąć, bo w Międzyrzecu Podlaskim nie ma dla mnie przyszłości.

Członek tej komisji, profesor filozofii i religioznawstwa Andrzej Nowicki, chciał najwyraźniej pomóc dziewczynie z prowincji.

Twoja pierwsza egzotyczna podróż to były właśnie Chiny, wakacyjny wyjazd w 1957 r. na dwa miesiące wraz z trójką innych studentów.

Lecieliśmy do Pekinu Tu-104 przez dwa dni, z noclegiem w Nowosybirsku. Zniosłam tę podróż bardzo źle i marzyłam, żeby już nigdy nie wsiąść do samolotu. Nie udało się. Pobyt w Chinach był fantastyczny, nie tyle zresztą pobyt, ile podróż, bo niemal każdego dnia byliśmy w innym miejscu. Traktowano nas, młodych studentów, niczym dostojników. Nawet kiedy przyjeżdżaliśmy w nocy, na peronie czekała powitalna delegacja samorządowa i partyjna! Mieszkaliśmy w wytwornych hotelach. Nauczyłam się wtedy palić papierosy – bo zostawiano nam codziennie paczkę na nocnym stoliku – i pić gorzką herbatę. Nie słodzę jej do dziś, a palenie rzuciłam 30 lat temu.

Ale jako sinolog nie mogłaś znaleźć pracy?

Zaczepiłam się na trochę w Bibliotece Uniwersyteckiej, gdzie odkurzałam książki. Potem w Parku Kultury na Powiślu wypożyczałam dzieciom lektury i uczyłam rysunku. W Centrali Importowo-Eksportowej Chemikaliów (CIECh-u) handlowałam ługiem sodowym i przeliczałam korony na forinty, a w PAX-owskim klubie Maraton otwierałam i zamykałam drzwi do czasu, kiedy chcieli mnie zwerbować do ich działalności politycznej. Wtedy postanowiłam zdobyć „prawdziwy zawód”. Zostałam przyjęta na drugi rok historii sztuki. Aż tu nagle dostałam list, w którym proponowano mi pracę w nowo powstającym miesięczniku „Chiny”. Przyjęłam ją pod warunkiem, że pozwolą mi studiować w trybie dziennym. A że z redakcji było niedaleko na uniwersytet, udało się.

W 1964 r. pogorszyły się nasze stosunki polityczne z Państwem Środka i „Chiny” zamknięto. Na ich miejsce utworzono miesięcznik „Kontynenty”, gdzie powierzono mi dział Ameryki Łacińskiej. Kiedy powiedziałam, że się na tym nie znam, usłyszałam, że nikt nie ma o tym kontynencie pojęcia. Dodam jednak, że zajmowali się nim wówczas Mirek Ikonowicz i Aniela Krupińska, ale byli korespondentami na Kubie.

Tak czy inaczej – była to terra incognita.

Zabrałam się do nauki hiszpańskiego i lektury, a w 1965 r. zostałam wysłana w pierwszą podróż służbową – do Meksyku. Na statku handlowym „Transportowiec”, bo nie było pieniędzy na drogie przeloty. Diety na trzy miesiące pobytu wynosiły 180 dol. – a jednak udało się zwiedzić wszystko, o czym marzyłam. Tak zaczęło się poznawanie kraju, który z czasem stał się niemal drugą ojczyzną.

Moją pasją były kultury przedkolumbijskie, ale i współczesna sztuka kontynentu, którą – wydaje mi się – jako pierwsza prezentowałam w Polsce. Poznałam najwybitniejszych artystów Ameryki Łacińskiej, z niektórymi mam kontakt do dziś.

W „Kontynentach” byłam do 1981 r., kiedy to w stanie wojennym przeprowadzono weryfikację dziennikarzy. Najpierw usiłowano mnie zgnoić, potem łaskawie przywrócić do pracy, na co się nie zgodziłam i zatrudniłam w tygodniku „Radar”, gdzie wreszcie mogłam się zająć polską sztuką współczesną.

Moje starsze siostry czytały właśnie „Radar”, a mnie rodzice zaprenumerowali „Kontynenty”. Kolekcjonowałam je. Pamiętam tekst o odkryciu w Peru Vilcabamby – ostatniej stolicy Inków, w czym miałaś pewien udział.

W 1975 r., wracając z Meksyku, gdzie byłam na rocznym stypendium prezydenta Luisa Echeverr~i Álvareza, spotkałam peruwiańskiego historyka profesora Edmundo Guilléna. Odnalazł on w Sewilli listy hiszpańskich żołnierzy, którzy w XVI wieku podbijali Vilcabambę. Idąc ich tropem, chciał ją odnaleźć. A tak naprawdę, jak dowiedziałam się później – potwierdzić raczej jej lokalizację. Był przekonany, że państwo Inków nie przestało istnieć w 1533 r., wraz ze śmiercią ich ostatniego władcy Atahualpy, lecz 40 lat później, kiedy upadła Vilcabamba. Miał mikrofilmy listów i kompletował wyprawę. I ja chciałam wziąć w niej udział – Tony namówił więc NBC na realizację filmu. Do Esp~ritu Pampa, gdzie niegdyś znajdowała się Vilcabamba, 130 km na zachód od Cuzco, jechaliśmy pociągiem i ciężarówką, na koniach i mułach. Trzeba było wycinać dżunglę, kilkusetletnie drzewa, by wpuścić tam nieco światła. Wreszcie ekipa prof. Guilléna natknęła się na ślady inkaskiej architektury, w tym na okopcone dachówki pałacu, o którym żołnierze pisali, że został spalony. Byliśmy z Tonym pierwszymi Polakami, którzy tam dotarli. I w dodatku zakochaliśmy się w sobie.

Ty miałaś wtedy męża, Tony – pochodzącą z Francji żonę Pierrette i syna Ozanę. Jak rozwiązaliście ten problem?

Uczciwie powiedziałam o tym mężowi. A potem napisałam list do Tony’ego, że może przyjeżdżać z Meksyku do mnie, do Warszawy. I przyjechał! Dzikowski urządził kolację, żeby poznać swego następcę. Był wyśmienitym kucharzem, a tego wieczoru postarał się szczególnie. Były polskie dania: czerwony barszcz, który Tony bardzo lubił, pierogi z mięsem, kapustą i grzybami, sernik, wino. Obaj panowie byli nieco spięci, ale zachowywali się wobec siebie elegancko. Mnie było najtrudniej. Wkrótce Dzikowski ożenił się z inną kobietą. Pierrette została w Meksyku, Tony do końca życia ją wspomagał. Ozana do nas przyjeżdżał, najpierw sam, potem z rodziną. Do dziś mamy dobry kontakt.

Napisałaś w „Tam, gdzie byłam”, przewodniku po swoim życiu osobistym i zawodowym, że „działo się ono długo w czasie i w bardzo wielu miejscach”. Wiem, że nie liczysz krajów ani kilometrów, ale np. Peru odwiedziłaś 11 razy.

Na przełomie lat 60. i 70. uczestniczyłam nawet w reformie rolnej, jeżdżąc z ekipami po wsiach, w których ją przeprowadzano. Poznałam wielkie bogactwo i niesamowitą nędzę. Uważałam, że zabrana latyfundystom ziemia tym chłopom się po prostu należała.

Kiedy Peru podbili Hiszpanie, nadawali sobie tereny wraz z żyjącymi na nich Indianami. I przez wieki niewiele się zmieniło. Indianie nadal pracowali nieomal jak niewolnicy – pan dawał im parcelę, z której musieli mu przekazywać połowę plonów, a do tego kupować wszystko w jego sklepach, więc byli nieustająco zadłużeni. Tam ciągle panowała znana nam pańszczyzna.

Było to dla mnie wielkie – emocjonalne i dokumentalne – przeżycie. Opisałam je w książkach „Hombre” i „Limańskie ABC”.

Uparłaś się, by wznieść pomnik Ernesta Malinowskiego, projektanta i budowniczego Centralnej Kolei Transandyjskiej. I dopięłaś swego.

Kiedyś w Peru, na przełęczy Ticlio, usłyszałam wywody przewodnika: objaśniał turystom, że to arcydzieło sztuki inżynieryjnej jest zasługą Amerykanina Henry’ego Meiggsa. Musiałam zareagować! Postanowiłam uczcić pomnikiem prawdziwego twórcę, czyli Malinowskiego. Szło jak po grudzie, ale jestem uparta. Zadzwoniłam do wicepremiera i ministra finansów Grzegorza Kołodki, którego widywałam w filharmonii, bo jest nie tylko maratończykiem, ale i melomanem; pieniędzy nie dał, ale poradził, żebym skontaktowała się z ówczesnym dyrektorem TVP Ryszardem Miazkiem. Ten przydzielił mi konto, które podawaliśmy w naszych programach „Pieprz i wanilia” – to wciąż było za mało. Kolej też nie miała kasy, ale ponieważ wyprzedawali tabor, miałam dostać lokomotywę razem z kupcem z Wiednia za 50 tys. dol. Jak się domyślasz – nic z tego nie wyszło. Biznesmen Aleksander Gudzowaty wiele obiecał, ale skończyło się na wykwintnym obiedzie i oglądaniu jego wspaniałej kolekcji sztuki. Wreszcie trafiłam do Stowarzyszenia Inżynierów i Techników Komunikacji. Ileż pracy kosztowało nas zebranie funduszy bez złotówki z budżetu! Znakomity rzeźbiarz, mój przyjaciel prof. Gustaw Zemła stworzył blisko siedmiometrowy monument ze strzegomskiego granitu nawiązujący do indiańskich totemów i polskich kolei. Pomnik stanął w lipcu 1999 r. – w setną rocznicę śmierci wielkiego inżyniera – właśnie na przełęczy Ticlio, najwyższym punkcie szlaku, 4818 m n.p.m. Zorganizowaliśmy też Rok Malinowskiego w Peru i w Polsce, a jego imieniem nazwano pociąg Warszawa – Krynica.

W latach 70. i 80. realizowałaś z Tonym kultowy program „Pieprz i wanilia”, wówczas jedyne takie okno na świat. Przemierzyliście z kamerą niemal cały glob. Powstało ponad 300 odcinków, w porywach miały po 18 mln widzów. Gdy pokazałaś mi swoją piwnicę, od razu mi się przypomniał: te same fotele kon-tiki i globus.

Nasz budżet był skromny, przeznaczaliśmy na wyprawy pensję, a potem emeryturę Tony’ego z NBC. Bywało, że odpowiadając na pytanie, skąd mamy pieniądze, Tony pokazywał zdjęcie zrobione w miasteczku filmowym Tucson, w wypożyczonych kostiumach, i mówił: „Ja napadałem na dyliżanse, a Elżbieta była burdelmamą”

Wracając do naszej piwnicy, zmienialiśmy w niej scenografię i stawała się Meksykiem, Panamą, Afryką czy Chinami. Filmy robiliśmy tylko we dwoje, ale dziesięć minut programu nagrywały w tej piwnicy aż 22 osoby!

Egzotyczne elementy scenografii przekazałam Muzeum Podróżników im. Tony’ego Halika w jego rodzinnym Toruniu. Otwarto je w styczniu 2003 r., blisko pięć lat po śmierci Tony’ego.

Muzeum to twoja chluba.

Wygląda pięknie. Ponad sto nakryć głowy z różnych krajów, mnóstwo biżuterii etnicznej, ludowe stroje i instrumenty. No i kolekcja kluczy z pokoi, w których spędziliśmy choć jedną noc. Niektóre są niezwykle ozdobne, z wygrawerowanymi napisami, ornamentami. Nadal je zresztą zbieram, choć dziś to o wiele trudniejsze, bo wszędzie królują karty magnetyczne. Ostatnio udało mi się przywieźć dwa z Ziemi Ognistej.

Mamy już w Toruniu dwa budynki, przy ul. Franciszkańskiej 9 i 11, liczę na trzeci. Prezydent Michał Zaleski jest geografem z wykształcenia, mam nadzieję, że będzie nadal łaskawy.

Często powtarzasz, że świat jest spójny, a pewne motywy i zjawiska powtarzają się pod różnymi szerokościami geograficznymi.

Im więcej podróżuję, tym bardziej jestem o tym przekonana. Zgodnie z teorią konwergencji podobne warunki dają podobne rezultaty – pokrewne ornamenty ujrzymy w Chinach, Ekwadorze, Peru, Meksyku A ludzie są tacy sami pod każdą szerokością geograficzną, przyświecają im podobne moralne zasady.

Choć zdarzają się wyjątki, jak choćby chińskie plemię Mosuo. Małżeństwa są tam na przychodne – dopóki kobieta kocha, mężczyzna ma prawo spędzać z nią noce. Rano musi ją opuścić. Dzieci mieszkają z matką i babcią, tatę nazywają wujkiem. U Mosuo to kobiety rządzą, są też bardzo pracowite. A faceci eleganccy, ale leniwi – grają w madżonga i piją alkoholowe eliksiry. Co najwyżej są cieślami.

Na początku 2013 r. nakręciłam dziesięć filmów o mniejszościach etnicznych z południa kraju. Mosuo, Miao, Dong – to Chiny zupełnie inne od tych, które znamy. I wciąż mnie fascynują. W Syczuanie oglądałam wyrzeźbione w litej skale kilometry grot. Jest tam m.in. Sąd Ostateczny – siedzi Budda z uczniami jak Chrystus na Majestacie, jest piekło, kocioł ze smołą, diabły męczą grzeszników, rozrywają ich ciała. A przecież buddyzm powstał w V wieku przed naszą erą.

Po „Pieprzu i wanilii” zwróciłaś swoją uwagę ku Polsce. Dla programu trzeciego TVP zrealizowałaś kilkanaście odcinków programu „Groch i kapusta”. Były zapewne inspiracją twojego czterotomowego już przewodnika „Groch i kapusta, czyli podróżuj po Polsce”.

Polska mnie fascynuje – Bieszczady, Ponidzie, Biebrza. Wróciłam też do podlaskich korzeni. Staram się odkrywać to, co nie zostało jeszcze wystarczająco, a czasami wcale, opisane. To nie tylko wielka przyjemność, ale i odpowiedzialność. Odwiedziłam wszystkie miejsca, które polecam. Odszukałam też ludzi z pasją, równie ważnych dla poznania kraju jak przyroda i zabytki (wciąż powtarzam, że życie bez pasji jest jak potrawa bez soli).

Nie powinniśmy mieć kompleksów, Polska ma naprawdę urodę światowej klasy.

Twoja ulubiona „miejscówka”?

Ustrzyki Górne. Dla mnie to miejsce magiczne. Każdej jesieni ładuję tam akumulatory, by przetrwać zimę. I spędzam niemal wszystkie święta Bożego Narodzenia, bo gdy nawet w całym kraju plucha, tam jest śnieg i świeci słońce, no, przeważnie. Wiodą stamtąd szlaki na najpiękniejsze połoniny i najwyższe szczyty Bieszczadów, z których – przy dobrej pogodzie – rozpościerają się widoki aż po Słowację i Ukrainę. To jeden z naszych najwspanialszych regionów, ostoja dzikiej przyrody.

Poświęciłaś mu piękny album „Bieszczady”. Coraz częściej jednak zdradzasz fotografię podróżniczo-dokumentalną na rzecz artystycznej.

Gdy zaczynałam, a było to podczas pierwszej podróży do Meksyku, nie miałam pojęcia o fotografii. Dzień przed wyjazdem lekcji obsługi aparatów Zenit i Start udzielił mi zaprzyjaźniony fotoreporter z pisma „Ekran” Tadzio Kubiak. Zaledwie jedna piąta zdjęć nadawała się do publikacji. Z czasem było coraz lepiej, nauczyłam się też obsługiwać kamerę. Aż pojawił się w moim życiu Tony, który był w tym o niebo lepszy.

Dziś pasjonują mnie zdjęcia makro – natura widziana z bliska, w małych fragmentach, przeskalowana następnie do dużych formatów. Rzeczywistość staje się wtedy abstrakcją, zaświadczając, że tak naprawdę to abstrakcji nie ma, że wszystkie kierunki w sztuce wywodzą się z natury. Był więc świat na korze, na drewnie, na wodzie. A ostatnio – na błocie.

Moja przyjaciółka Sławka Wierzchowska powiedziała, że maluję obiektywem. Nie mogłabym robić takich zdjęć, gdyby nie uczestnictwo w sztuce współczesnej i przyjaźnie z artystami, którzy mają duży wpływ na moją wrażliwość. W ostatnich latach zaczęłam fotografować też ludzi.

Prowadzisz jeszcze dziennik?

Już nie, ale swego czasu było to konieczne z powodów zawodowych. Moje obecne zapiski nie są już tak dokładne – notuję fakty, nie nastroje.

A nowe książki?

Właśnie ukazała się „Polska znana i mniej znana” oraz „Biżuteria świata”. Pracuję też nad kolejnymi albumami – „Drzwi i okna świata” oraz „Fryzury i nakrycia głowy”. I przygotowuję drugi tom „Tam, gdzie byłam”, głównie o podróżach do Ameryki Południowej – Wenezueli, Kolumbii, Ekwadoru, Peru, Chile, Argentyny. Trzeci poświęcę Ameryce Północnej. Czwarty – Afryce, Azji, Europie.

Czy zostały ci jeszcze jakieś białe plamy na mapie świata? Miejsca, gdzie nie postawiłaś dotąd stopy, a chciałabyś?

Na szczęście jest tych plam wiele, dużo nowego przede mną. Nie byłam przeważnie tam, gdzie nie rozwinęła się wyraziście nie tyle cywilizacja, ile kultura. Z uwagi na wyjątkową przyrodę – a przede wszystkim niepoddane jeszcze globalizacji społeczności – zobaczyć te regiony powinnam. Chciałabym przygotować album „Świat, który odchodzi”. Zanim odejdzie.

Nie znam Ugandy, Nigerii, Wybrzeża Kości Słoniowej. Nie byłam na Grenlandii, brak mi sporej części Polinezji, ale na Bora-Bora i inne wyspy mam jeszcze czas, tam nic się nie dzieje, może za parę lat zechce mi się jednak odpoczywać na plaży, wygrzewać swój nadwerężony kręgosłup?

Masz wielką słabość do biżuterii. Kiedy zawróciła ci w głowie?

Wraz z podróżami do odległych krain zafascynowała mnie biżuteria etniczna – niekoniecznie cenna, ale nieodzowna jako amulet czy talizman chroniący przed chorobami, urokami, dopustami losu, zapewniający pomyślność.

Moje kolekcjonerstwo zaczęło się na dobre za sprawą Tony’ego. Obdarzał mnie ozdobami z podtekstem – np. z moimi zodiakalnymi Rybami. Dostawałam też biżuterię z motywem sowy, bo mówił na mnie „Sówka Halikówka”. Ja też zaczęłam mu się odwdzięczać broszkami z jego Wodnikiem, spinał nimi chusteczkę pod szyją.

W kolekcji, którą ofiarowałaś Muzeum Podróżników, znajduje się wiele rarytasów.

Do moich ulubionych należy perak z położonego w Himalajach Ladakhu – chyba największa i najcięższa ozdoba na świecie, waży dwa kilogramy. To nakładany na głowę ponad metrowej długości pas biżuteryjny z karakułowymi uszami, biegnący od czoła i spływający na plecy, wysadzany gęsto perełkami, turkusami, koralami, lapis lazuli.

W Tanzanii ujrzałam kiedyś człowieka, który miał na szyi sznurek z torebeczkami – nie wiem, jakim cudem udało mi się nakłonić go do sprzedaży, bo były to amulety. Od papuaskich łowców głów zdobyłam zaś pióropusz – cała rodzina musiała się zebrać, by zadecydować o sprzedaniu mi go.

Mam też słabość do ozdób tybetańskich – z kości, zębów, korali, turkusu. Te liczące sobie nawet po kilka wieków biżuteryjne rarytasy kupuję u antykwariusza w Katmandu, kiedy bywam w Nepalu.

Moją biżuterię etniczną do końca wakacji można oglądać na wystawie w Muzeum Podróżników. Zdobywanie dlań eksponatów stało się już nałogiem. Zaczęłam nawet planować pod tym kątem kolejne podróże – Chiny, Nepal, Indie, Peru, Tybet.

A w Moskwie zdarzyło mi się zamienić futro z nutrii na XVII-wieczne korale buriackiej księżniczki, która była tam moją masażystką.

Czujesz się sławna?

Nie czuję się sławna, jestem normalna. Czytelnicy otaczają mnie wielką życzliwością, dają mi swoją energię, cieszą się z możliwości rozmowy. Jak mnie docenią, też jest miło. Właśnie otrzymałam wiadomość, że przyznano mi statuetkę Złotego Hipolita (Cegielskiego) a zarazem tytuł Wybitna Osobowość Pracy Organicznej! Nie wiedziałam, że coś takiego istnieje, a tym bardziej – że ja na to zasługuję. Jestem szczególnie wzruszona faktem, że przyznała mi to wyróżnienie kapituła wielkopolska, czyli uznali, że jestem pracowita.

W czwartek 30 marca, w „Centrum Premier – Czerska 8/10” w siedzibie Agory spotkają się miłośnicy wolności, poznawania świata, wyzwań i podróży. Gośćmi Ewy Wieczorek i Michała Nogasia będą: Elżbieta Dzikowska, Martyna Wojciechowska, Marek Kamiński, Aleksander Doba i Mirosław Wlekły – autor książki „Tu byłem. Tony Halik”. Na spotkanie można zgłaszać się pod adresem tonyhalik.evenea.pl lub telefonicznie (22) 555 54 55.